PKP nie czują się winne…
16-05-2012

Skutki powodzi z ostatnich lat mamy jeszcze ciągle w pamięci, a szczególnie ci, których ona najbardziej dotknęła. Nie dziwi zatem obawa jednego z czytelników, który pokonując drogi i bezdroża gminy Czechowice-Dziedzice – i nie tylko – zwrócił uwagę na podmyte filary mostu kolejowego na Białej, oplecione dodatkowo konarami drzew i gałęziami naniesionymi przez wodę. Mosty na Wiśle, przykładowo w gminach Skoczów i Strumień, nie tylko oczyszczono z wszelkich „naleciałości”, ale też podsypano materiałem skalnym. Most na Białej nadal wygląda tak, jakby to wczoraj przeszła przez niego fala powodziowa. Nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie ten rok, a potem szukanie winnych, to już musztarda po obiedzie.

– Zgodnie z prawem (art. 64 ust.2 Prawa wodnego), za utrzymanie porządku w obrębie mostu i za stan techniczny mostu i jego filarów odpowiada PKP. Stosy gałęzi, zatrzymane na filarach, pochodzą faktycznie z okresu wezbrań w 2010 roku. Co więcej, to właśnie te zatory według nas utworzyły swego rodzaju „kierownicę” i skierowały całą energię wody na lewy brzeg poniżej mostu. Owa „kierownica” uszkodziła lewy przyczółek stopnia i utworzyła wyrwę brzegową poniżej. Długo leżące zatory spowodowały też podmycie filarów mostu – alarmuje Tomasz Cywiński, zastępca dyrektora gliwickiego RZGW.

Więcej w numerze 10 (256) Gazety Czechowickiej

Sędzia Wesołowska na Górnym Borze
16-05-2012

Ciekawym doświadczeniem dla nauczycieli i uczniów Zespołu Szkół nr 1 oraz rodziców była wizyta w szkole znanej z telewizji sędzi Anny Marii Wesołowskiej.

– Kiedy zaczynałam pracę w sądzie, dzieciaki – poza nielicznymi wyjątkami – nie trafiały do sali rozpraw w charakterze oskarżonych. Teraz coraz młodsze osoby popełniają coraz poważniejsze przestępstwa – zauważyła A. M. Wesołowska. – Kiedyś mylnie uważano, że przestępstwa popełnia tzw. margines. Tymczasem nie ma środowiska, z którego nie wywodziłyby się dzieci popełniające przestępstwa. Coraz częściej problem jest w tych rodzinach, w których jest dużo pieniędzy, a nie ma czasu dla dzieci. Przestępczość jest zauważalnie brutalniejsza, a młodzież zdesperowana. Mnie, jako matce, trudno było się godzić z tym, że muszę skazywać dzieci. Z tego powodu postanowiłam rozmawiać z uczniami w szkołach, w ramach profilaktyki, żeby byli świadomi konsekwencji niektórych czynów, ale również żeby znali swoje prawa – mówi sędzia.
Metoda, choć dobra i warta zachodu, przestała wystarczać. Sędzia zaczęła zapraszać młodzież z nauczycielami na prawdziwą salę rozpraw. Gorąco zachęca wszystkich nauczycieli, żeby organizowali lekcje wychowawcze w sądzie.

Więcej w numerze 10 (99) Czasu Skoczowa!

Ktoś tego nie wytrzyma
10-05-2012

Uprawnienia, które wynikają z monopolistycznej pozycji bielskiego PKS-u są nadużywane.

Najpierw PKS Bielsko-Biała zażądał od gmin po 100 tys. zł dopłaty. Skoczów od razu odmówił, Chybie i Strumień negocjowały. W marcu zadeklarowały, że zapłacą po 40 tys. zł. Teraz Bielsko-B. chce po 15 tys. zł. Ale jego dominacja została nadszarpnięta, bo na rynek wchodzi prywatna firma.
Z linii Bielsko – Strumień korzysta 80 osób z Chybia i 20 ze Strumienia z biletami miesięcznymi. Do tego dochodzą bilety pojedyncze. W ostatnich tygodniach odbyła się seria spotkań na temat tego, aby mieszkańcy mieli jak dotrzeć do stolicy Podbeskidzia komunikacją publiczną. Sprawa nie jest w kompetencjach ani Cieszyna, ani Bielska, ani gmin Chybie i Strumień, bo przynależy marszałkowi. – Rzecz w tym, że komunikacja organizowana przez marszałka funkcjonuje jeszcze na podstawie starych przepisów. Żeby mógł zająć się tym problemem, powinien mieć skonstruowany plan komunikacyjny dla linii ponadpowiatowych w województwie. A on dopiero jest tworzony – zauważył Leszek Podżorski, przewodniczący Rady Przewoźników Powiatu Cieszyńskiego na kwietniowej sesji Rady Gminy Chybie. Temat spadł więc na powiaty i gminy. PKS chce dopłat, a tu z pieniędzmi jest krucho. – Linia Bielsko-B. – Strumień bilansowała się, ale weszły na nasz teren busy – mówił starosta bielski Andrzej Płonka dwa dni później, podczas spotkania z władzami w Strumieniu. Nieuczciwość niektórych prywatnych przewoźników jeżdżących po powiecie bielskim miała spowodować, że tamtejsze starostwo, właściciel spółki PKS Bielsko-Biała, zaczęło szukać źródeł, które wyrównają straty.
– Niedobór ok. 3 mln zł na transporcie publicznym pokrywamy z innej działalności PKS-u. Dziś strata wynosi ok. 1,4 mln zł rocznie. Z moimi dziesięcioma wójtami i burmistrzami dogadaliśmy się, że płacą na rok w granicach 100 tys. zł (Jasienica ok. 200 tys. zł). Jeżeli podpiszę takie porozumienie z 15, 16 gminami, ta suma rozkłada się nam na mniejsze pieniądze – zauważył A. Płonka. Zapewnił jednak, że nie będzie się upierał przy PKS-ie. – Spółka nie jest zadłużona, mam 10 hektarów gruntu pod dworcem w centrum Bielska, więc w najgorszym wypadku postawię spółkę w stan likwidacji i zostawię problem komunikacji gminom – przyznał.

Więcej w numerze 10 (617) Nowej Formacji!

POTYCZKA
05-05-2012

Co ma jakaś droga do boiska rezerwowego? – Tyle, co piernik do wiatraka – powie ktoś niezorientowany. A jednak te dwie inwestycje, z których pieniądze przetoczyły się z paragrafu do paragrafu, wywołały największe wątpliwości niektórych radnych. Uchwały w sprawie zmian budżetu podejmowane przed radnych w trakcie trwania roku budżetowego to nic nowego i zwykle akceptowane są przez nich szybkim machnięciem ręki. Przemawia za tym zwykle jakaś siła wyższa w postaci przypływu lub odpływu gotówki, z którą trudno dyskutować. Tym razem było jednak inaczej. Kilku radnych stanęło w obronie 400 tysięcy złotych zarezerwowanych na budowę bocznego boiska, a potem przerzuconych na inne zadanie.

– W związku z tym, że byłem przeciwny tej uchwale, chciałem powiedzieć, czym się kierowałem – rozpoczął swój wywód Jacek Puchała, twierdząc, że już wcześniej był przeciwny budowie drogi łączącej ulicę Legionów z Sobieskiego i zarezerwowaniu na ten cel 1,5 mln zł. – Ale teraz po tych zmianach nastąpiło wycofanie jedynej inwestycji, która nam została, czyli budowy boiska treningowego ze sztuczną nawierzchnią – dodał, nie rozumiejąc, dlaczego koszt budowy łącznika wzrósł o 730 tysięcy złotych.

Więcej w numerze 9 (255) Gazety Czechowickiej

Dajmy wszystkim równe szanse
02-05-2012

Na jawną niesprawiedliwość w traktowaniu klubów sportowych i ich działaczy zwraca ostatnio uwagę Maciej Bieniek, sołtys Ochab. Podczas kwietniowej sesji podzielił się z radnymi swymi spostrzeżeniami, dotyczącymi między innymi stanu boiska w Pierśćcu, o czym miał się okazję przekonać podczas meczu, który odbył się 15 kwietnia. – Istotą sprawy są warunki, w jakich się odbywał – stwierdził M. Bieniek. – Boisko w Pierśćcu znajduje się w niecce. W kilku miejscach powstały kałuże, bo padał deszcz. Krótko mówiąc piłkarze grali w fatalnych warunkach, bo w takim właśnie stanie jest boisko.

– Chodzi o to, żeby klubom wiejskim – Pierśćcowi, Wiślicy czy Ochabom – stworzyć takie same warunki, jakie mają sportowcy w Skoczowie, żeby wyrównać ich szanse – stoi na stanowisku M. Bieniek.
– Żeby było tak samo, gmina musiałaby przejąć wiejskie boiska – stwierdził Z. Gil. Zdaje się, że dokładnie do takiej konkluzji dążył sołtys Ochab.

Więcej w numerze 9 (98) Czasu Skoczowa!

Kwartał na podwójnym minusie
28-04-2012

Oczyszczalnia „Mnich” ma za sobą pierwszy kwartał pracy. O zyskach nikt nie myślał. Wiedziano, że będzie strata, ale szacowano, że rocznie sięgnie ona 155 tys. zł. Tymczasem już teraz ujemny bilans wynosi 87 tys. zł.

– W styczniu notowaliśmy tylko koszty, nie było przychodu – Janusz Stec, szef Wodociągów Ziemi Cieszyńskiej, które przez najbliższe trzy lata będą zarządzać oczyszczalnią, składał raport chybskim radnym na posiedzeniu komisji budżetu, które odbyło się 20 kwietnia. Na taki bilans wpłynęły między innymi miesięczne opóźnienia fakturowania odbioru ścieków, mała liczba dostawców (również tych indywidualnych), czy wreszcie zimowa pora rozruchu i pracy oczyszczalni. – W lutym również mieliśmy zerowy przychód,jeżeli chodzi o ścieki dowożone, z uwagi na to, że trzeba było negocjować umowy pod względem jakości ścieków, a ta procedura trochę trwa.
Zatem w styczniu ścieki nie spłynęły na oczyszczalnię, przynajmniej te zafakturowane. W lutym dopłynęło ich 829 metrów sześc., a w marcu 772 m sześc. Jak to się ma w stosunku do planów sprzed uruchomieniem oczyszczalni? – Zakładaliśmy na przestrzeni roku 65 m sześc. ścieków dopływających na dobę. W tej chwili osiągnęliśmy słabą połowę, w granicach 27 m sześć. Ale musimy pamiętać, że przewidywaliśmy kolejne podłączanie się dostawców indywidualnych do kanalizacji, co już się zresztą dzieje – zauważył J. Stec. To ma wpłynąć na poprawę ilości ścieków, a co za tym idzie i wyniku finansowego. – Ze średniego gospodarstwa domowego ilość zużytej wody, czyli tym samym zrzuconych ścieków jest w granicach od 0,6 do 1 m sześc. na dobę. Jeżeli wszystko pójdzie w dobrym tempie i w dalszym ciągu będzie realizowana kanalizacja, to być może na koniec roku dojdziemy do tej zakładanej wielkości – dodał.
Projekt przewidywał, że obciążenie nowej oczyszczalni ściekami dowożonymi może stanowić 20 proc. Ich ilość była szacowana na około 60 m sześc. na dobę. Obecnie jest to dokładnie połowa, 30 m sześc. – Te relacje zaczną się poprawiać w czerwcu, kiedy nowa oczyszczalnia będzie pracowała w optymalnych warunkach – przypuszczał szef WZC. Bo obecnie w gminie pracują równolegle dwie oczyszczalnie. Wodociągi naciskały na gminę, aby nowej oczyszczalni, która nie miała sprawdzonych urządzeń systemu, a przede wszystkim wytworzonej flory bakteryjnej (zima nie jest dobrym okresem na rozruch, mrozy powodowały, że nie było przyrostu flory), nie zostawić samej i nie zaniechać eksploatacji BOS-a. Do 15 czerwca ścieki będą więc dostarczane do niego, po czym zostaną przejęte przez nową oczyszczalnię. – Wszystko wskazuje na to, że na koniec kwietnia bilans ścieków dowożonych będzie wyrównany, natomiast bilans ścieków, które dopływają siecią kanalizacyjną notowany będzie z poślizgiem miesięcznym – mówił J. Stec.

Więcej w numerze 9 (616) Nowej Formacji!

Dzieci jak kwiaty
18-04-2012

14 stycznia 2010 roku Anna Kimla powiła dwoje bliźniąt, Amelię i Oliwiera. – Syn miał 1400 gram, a gdy go wypisywano ze szpitala 2,5 kilograma. Amelka urodziła się z wagą 1200 gram. Teraz to już jest „baba” – mówi pieszczotliwie o dwulatce, która chwilowo zatrzymała się w rozwoju na etapie niemowlęctwa i waży niewiele ponad siedem kilogramów.

Cierpienia w jej oczach nie sposób nie zauważyć, choć rodzice dwoją się i troją, by choć na moment zapomniała o bolących dziąsłach, z których wyrzynają się z trudem trzonowe zęby, czy drakońskiej wprost diecie. Państwo Kimlowie nadal pracują, by utrzymać pięcioosobową rodzinę. – Ale teraz praktycznie mijamy się z mężem w drzwiach, bo on o pierwszej wraca z pracy, a ja wychodzę na drugą. Przekazujemy sobie tylko godziny karmienia – mówią ze smutkiem w głosie rodzice bliźniąt.
Oliwierek po powrocie ze szpitala zaczął się rozwijać prawidłowo, Amelka nie wiedzieć czemu słabła w oczach i choć pochłaniała tyle pokarmu co brat, przybierała o połowę mniej. Lekarze długo nie mogli zdiagnozować powodu tego stanu rzeczy. Zastanawiali się, skąd u niemowlęcia podwyższona ilość kwasu mlekowego. Wyszło to na jaw dopiero w minionym miesiącu w Klinice Chorób Metabolicznych Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. – Stwierdzili na 80 procent deficyt dehydrogenazy kwasu pirogronowego, czyli cytopatię mitochondrialną. Powiedziano nam, że jej choroba jest uwarunkowana genetycznie. W Polsce są tylko trzy zdiagnozowane przypadki, a dwadzieścia na świecie. Badanie w tym kierunku wykonują w USA i mało, że trzeba długo czekać na wyniki, to kosztuje sto tysięcy złotych – wyjaśnia pan Sławomir, bez którego wsparcia od początku żona byłaby bezsilna. – Przez to, że choroba jest rzadka, nawet za granicą nie ma testowych leków na nią, choć byłabym skłonna zezwolić na ich zastosowanie – dodaje pani Anna. – Polega ona na tym, że organizm nie przetwarza cukrów, stąd ma deficyt energii. Dlatego była taka słaba i wiotka. Jedyną receptą jest dieta oparta na białku i tłuszczach, czyli mleku o nazwie ketokal.

Więcej w numerze 8 (254) Gazety Czechowickiej i w zakładce „podopieczni” na stronie www.blizniaki.net

Tak mało dobrych dni...
18-04-2012

Sama na odludziu, za to w towarzystwie smrodu i komarów. To uroki najbliższego sąsiedztwa oczyszczalni ścieków. Innych wysiedlili, a jej nie. Jak to się stało?

Działka Elżbiety Swobody bezpośrednio graniczy z terenem stawów awaryjnych, służących oczyszczalni. Pani Elżbieta prowadzi na wały, żeby pokazać, gdzie wypuszczane bywają ścieki. Wczesna wiosna oszczędza nadmiernie nieprzyjemnego zapachu i chmary komarów. Ale te pojawią się już niebawem. – To jest wylęgarnia komarów, chcą nas zjeść. Tu już przestał ktokolwiek spacerować, choć dzieci miały frajdę, jest spokojnie, samochody nie jeżdżą – mówi mieszkanka Kiczyc. – Skoro to jest teren miejski, to powinien być ogrodzony. A gdyby tam dziecko wpadło? Nikogo to nie obchodzi, dopiero, gdy się coś stanie – przestrzega. – Proszę spojrzeć na rów opaskowy, którym ma spływać nadmiar wody – wskazuje. – Kiedy był czyszczony? Trzydzieści lat temu. Wszystko mamy w piwnicach. Nic nie może być na ziemi, żadne drewno czy jarzyny. Ale nikogo to nie obchodzi. Zrobili Tybet z Kiczyc. O nic nie można się upomnieć – żali się.
Twierdzi, że od dawna chce się wynieść z domu przy ulicy Cisowej. – 20 lat proszę, wszystkich wykupili, a mnie zostawili. Nie wiem, dlaczego. Było pięć budynków, wykupili cztery. Jeden na drugiego się wymawiał. Ten obiecał, że da mieszkanie, tamten, że w zabudowie szeregowej. Tak bywało przed wyborami. A po wyborach nic... Miałam obiecane, ale zawsze bez skutku. Mam to na piśmie. I zawsze było napisane: bez remontu – to dotyczyło jej domu. – Stara buda mi została. I co, teraz mam remontować?
Kiedyś na jej posesję weszli robotnicy. – Przyszliśmy do pani socjalki – przywitali się. – To żadna socjalka – żachnęła się E. Swoboda. – To skąd się tu pani wzięła? – zdziwili się mężczyźni. Bo pozostałe budynki, zlokalizowane tak blisko terenu oczyszczalni, są lokalami socjalnymi.

Więcej w numerze 8 (97) Czasu Skoczowa!

W rozlewisku problemów
13-04-2012

Ulica Romantyczna w Bąkowie sąsiaduje z Osiedlową i choć już na pierwszy rzut oka widać różnicę w ich nawierzchni, to nie ona spędza sen z powiek jej mieszkańcom, a ogromne rozlewisko, które tworzy się na zakręcie ulicy wskutek opadów. Również miejsce powstania swoistego bajora jest dość specyficzne, gdyż woda gromadzi się tam, gdzie kończy się droga gminna, a zaczyna prywatna.

– Droga od strony ul. Osiedlowej stopniowo obniża się, a przy zakręcie teren jest płaski, więc tworzy się lej, w którym zbiera się woda i stoi w nim przez długi czas, bo nie ma ujścia. Ponadto działki po lewej stronie ul. Romantycznej znajdują się wyżej, więc osoby, które tam mieszkają nie muszą martwić się nadmiarem wody, gdyż płynie ona drogą – nakreśla sytuację bąkowianka, dodając, iż problem istniał jeszcze zanim przeprowadziła się wraz z rodziną na ul. Romantyczną. – Woda stała w tym miejscu odkąd pamiętam. Podczas powodzi, która dwa lata temu nawiedziła Polskę, mieliśmy rozlewisko praktycznie pod samym domem, a przy tegorocznych roztopach wody również nie brakowało. Rozprowadziliśmy już nawet peszel po ogrodzie, żeby miała ujście, ale ziemia jest nią tak przesiąknięta, że jej nadmiar wraca. Moja siostra, która mieszka przy zakręcie, gdyby nie to, że podsypała budynek, otwierając drzwi wchodziłaby wprost do bajora. Zresztą kilkanaście dni temu systematycznie przechodziła przez nie w gumowcach, po czym przebierała je na „normalne”, wyjściowe buty i dopiero wtedy mogła iść dalej. Jak to możliwe w XXI wieku? Gdy są susze, to owszem, woda nie gromadzi się od razu po kilkugodzinnych opadach, ale wystarczą góra dwa dni deszczu i mamy prywatne jezioro – przedstawia niezbyt optymistyczny scenariusz mieszkanka ul. Romantycznej.
Tłumaczy także, iż warunki panujące na drodze skutecznie utrudniają życie zwłaszcza dzieciom, które codziennie uczęszczają do szkół i przedszkoli. A osoby dorosłe, pomimo tego, że mogą pokonać feralny odcinek samochodem, martwią się o stan swoich pojazdów. – Przez to rozlewisko nie da się przejść nawet w półbutach, bo woda sięga sporo ponad kostkę, na nogach trzeba mieć jedynie gumowce. Co więcej, w drodze są dziury, więc kto pozwoli iść swoim pociechom pieszo mając świadomość, że w każdej chwili mogą upaść. Pobocza też nie ma, więc podczas roztopów musieliśmy wozić dzieci do szkoły samochodem. Dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo w przeciwnym razie ktoś z nas musiałby wziąć urlop, co jest dla mnie absurdem – stwierdza bąkowianka. Jednak nie wszyscy mogą sobie pozwolić na takie rozwiązanie, gdyż wśród mieszkańców ul. Romantycznej są również osoby, które nie posiadają prawa jazdy, a co za tym idzie, są zmuszone pokonywać bajoro pieszo kilka razy dziennie.

Więcej w numerze 8 (615) Nowej Formacji!

Gęsie, kurze i drewniane
04-03-2012

Towarzystwo Przyjaciół Ligoty po raz pierwszy zaprosiło mieszkańców sołectwa i całej gminy na wystawę ozdób wielkanocnych. 1 kwietnia w Domu Kultury w Ligocie-Miliardowicach zupełnie nie na żarty zebrały się panie parające się rękodziełem.

Czegóż tam nie było! Jajka malowane, nawiercane, oklejane, owijane, haftowane, wycinane, obdziergiwane; do tego zajączki, kurczaczki, wiosenne kwiecie, okazjonalne kartki, a nawet ręcznie robiona biżuteria, żeby można było w te świąteczne dni zabłysnąć jedyną pod słońcem kolią z koralików bez obawy, że sąsiadka wystąpi w takiej samej,
Krystyna Danel z Ligoty-Miliardowic para się haftem krzyżykowym, stosuje metodę wstążeczkową, kręci kwiaty z bibuły. Talent plastyczny w jej rodzinie to nie nowość. – Mieszkający w Czechowicach-Dziedzicach brat i bratowa – Józef i Rozalia Szypułowie – są twórcami ludowymi – zdradza pani Krystyna, która pracując jako pomoc do dzieci w ligockim przedszkolu chwyciła kiedyś za bibułę. – Zaczęłam robić przy dzieciach kwiatki i już tak zostało. Choć teraz przebywa już na emeryturze, nadal czerpie radość z tworzenia barwnych, papierowych bukietów, podpatruje też koleżanki z Koła Gospodyń Wiejskich w Zabrzegu, które spotykają się w miejscowej bibliotece. Wymiana doświadczeń i wzajemna nauka wszystkim się przydaje.

Więcej w numerze 7 (253) Gazety Czechowickiej!

I jak tu nie wierzyć w ludzi?
03-04-2012

– Słońce jest na zewnątrz, a państwo przyszli szukać go w tej sali, przyszliście się nim podzielić ¬– Julia Raszka z Miejskiego Centrum Kultury powitała zebranych równie ciepło, jak niedzielne popołudnie ogrzewało przechodniów. 25 marca wielu z nich swe kroki kierowało do sali „Pod Pegazem”. Kto przyszedł tuż przed godziną 16, mógł poczuć się zaskoczony. W sali nie tylko zabrakło miejsc siedzących, ale w ogóle trudno było do niej wejść.

– Bardzo gorąco wierzymy, że Kubuś wróci do nas zdrowy i znów zasiądzie w szkolnej ławce. Chcemy pomóc rodzicom i całej rodzinie, żeby przezwyciężyć tę chorobę – mówiła Halina Gatner, dyrektor Zespołu Szkół nr 1 w Skoczowie, której Kuba jest uczniem. – Miłość nie została zastąpiona przez żaden komputer, maszynę czy jakikolwiek inny wytwór ludzkiej wyobraźni. Dlatego zawsze tę postawę miłości najlepiej prezentuje drugi człowiek, to, w jaki sposób odnosi się do kogoś, kto stoi obok niego. Dziękowała inicjatorkom koncertu – Izabeli Fajkis i Grażynie Kołder, nauczycielkom Szkoły Podstawowej nr 8.
Z puszek wyjęto prawie 7,5 tysiąca złotych, o czym poinformował Andrzej Cichy, kierownik skoczowskiej filii Chrześcijańskiej Służby Charytatywnej, która zajęła się zbiórką pieniędzy.

Więcej w numerze 7 (96) Czasu Skoczowa!

Kto puka, temu się drzwi otwierają
28-03-2012

Wszystko wskazuje na to, że gmina Chybie wzbogaci się o nowy samochód strażacki. Ma on stanąć w garażu mniskiej OSP.

Dotąd chybianie jedynie planowali, że za dwieście tysięcy złotych pozyskają w najbliższym czasie używane auto strażackie. Na ten cel zarezerwowali w budżecie sto tysięcy złotych. Na przełomie stycznia i lutego pojawiła się jednak szansa na pozyskanie za tę samą kwotę zupełnie nowego samochodu. Kolejnych 400 tysięcy złotych miałoby pochodzić prosto z Warszawy, z tzw. krajowego systemu ratowniczo-gaśniczego. Czyli prezent.
Rafał Zieliński powiedział, że zanim pojawiła się szansa na zupełnie nowy wóz, wystosowano prośbę do generała straży o samochód starszy. W piśmie czytamy m.in.: „Zwracamy się do pana generała z uprzejmą prośbą o rozważenie możliwości przekazania na rzecz OSP Mnich sprawnego samochodu średniego, wycofywanego z eksploatacji przez jednostki organizacyjne Państwowej Straży Pożarnej (...). Samochód jest istotny dla OSP Mnich ze względów operacyjno-technicznych. (...) Ze względu na lokalizację naszej gminy podejmujemy coraz szerszy zakres działania. Prowadzimy podstawowe zadania z zakresu ochrony ppoż. oraz w specjalistycznym zakresie ratownictwa technicznego. Nasze działania wysoko są oceniane przez jednostki nadrzędne. Obecnie na wyposażeniu OSP Mnich znajdują się dwa samochody: tatra i volkswagen C4. (...) W naszej ocenie istotnym argumentem jest fakt, że najbliższa jednostka ratowniczo-gaśnicza oddalona jest od gminy o 20 kilometrów. Powoduje to, że czas dojazdu jest wydłużony. W związku z tym nasze działania muszą być szybkie i sprawne”.
Do prośby strażacy dołączyli też informację, że obecnie posiadają 110 tys. złotych. Pozytywną opinię wydała też Komenda Powiatowa Państwowej Straży Pożarnej w Cieszynie, zaznaczając, że OSP w Mnichu została włączona do krajowego systemu ratowniczo-gaśniczego (KSRG) w 1997 roku i należy do bardzo mobilnych jednostek. Mniszanie brali udział w działaniach ratowniczych w 2008 roku – 26 razy, w 2009 – 11 , 2010 – 59 i w 2011 – 17. – W każdy z tych przypadków od 2008 roku wyjeżdżaliśmy do działań związanych z ratownictwem drogowym, tam gdzie były wypadki śmiertelne, nieśliśmy pomoc najbardziej poszkodowanym – zaznaczył R. Zieliński.
Sytuacja jednak zmieniła się na lepszą w chwili, gdy okazało się, że żadne jednostki zawodowe w najbliższym czasie nie wycofują samochodów. – Nie liczyliśmy na nic. Ale, jak mi powiedziano: „Kto nie puka, temu się drzwi nie otwierają”. Ku naszemu zdziwieniu wniosek został pozytywnie zaopiniowany. Możemy dostać dofinansowanie do nowego samochodu, bo obecnie żadne jednostki PSP nie wycofują samochodów. Nic nam więc nie mogą zaoferować – mówił R. Zieliński. – Nieoficjalna informacja głosiła, że powinniśmy sporządzić montaż finansowy. W pierwszej wersji 200 tys. złotych miałaby dać gmina, drugie tyle Komenda Wojewódzka, a w ramach działania KSRG dostaniemy resztę, co spowodowałoby, że w Mnichu stanąłby nowy samochód, który kosztuje 600 tys. złotych – mówił dalej. – Zaraz po tym otrzymaliśmy informację, żeby wstrzymać działania, bo decyzję podejmie Komenda Główna. 29 lutego zapadła decyzja, że ZOSP powinno się do tego dołożyć ze względu na to, że jesteśmy w KSRG. Czasu było mało i nie ukrywam, że nie był o tym poinformowany prezes zarządu gminnego ZOSP. Działania miały być ograniczone do minimalnej ilości osób – wyjaśniał.
Z logicznego punktu widzenia nic, tylko ręce zacierać. Jednak wśród strażackiej braci zaczęły się tarcia, coś w rodzaju dzielenia skóry na niedźwiedziu. – Sytuacja była niemiła. Zaczęła się niemiła sytuacja. Wśród naszych strażaków obudziły się kontrowersje. A to, że samochód jest dla Mnicha, że to my załatwiamy, że nie tędy droga, że są inni w kolejce. Tyle że nie było czasu na podejmowanie decyzji. Po drugie – i tak Mnich otrzymałby najwyższą ocenę, choćby ze względu na rozszerzony profil działania, szczególnie z zakresu ratownictwa drogowego. To był główny argument przy składaniu wniosku – tłumaczył.
Jednostek wchodzących w KSRG w powiecie cieszyńskim jest kilkanaście. Każda mogłaby mieć prawo złożyć wniosek. Wzięto jednak pod uwagę odległe położenie gminy i bardzo długi czas dojazdu jednostek PSP. – Proszę sobie wyobrazić: zdarzenie drogowe, rozcięta tętnica, praktycznie śmierć na miejscu – wskazuje R. Zieliński. Dziś Mnich przoduje w powiecie pod względem działań ratowniczo-gaśniczych.
Wniosek mniszan w pierwotnej wersji odrzucił Zarząd Powiatowy ZOSP. – Może i był on zbyty późno przedstawiony Zarządowi Powiatowemu. Rozumiem, że z przyczyn formalnych musiało tak się stać – mówił radny.
Wqięcej w tekście „Włos na czworo, czyli sprawa z drugim dnem”.

Więcej w numerze 7 (614) Nowej Formacji!

Zagrają dla Kuby
21-03-2012

Kubuś Bodera jest 6-letnim uczniem klasy pierwszej Szkoły Podstawowej nr 8 w Skoczowie. W lutym stwierdzono u chłopca białaczkę limfoblastyczną ostrą. Obecnie Kubuś przebywa w Klinice Hematologii w Zabrzu. Czeka go długotrwały powrót do zdrowia. Aby pomóc chłopcu oraz jego rodzinie postanowiliśmy zorganizować ten koncert. Na apel o uczestnictwo w tym przedsięwzięciu odpowiedziało wiele osób. Dziękujemy wszystkim za zrozumienie oraz pomoc płynącą z dobroci serca.

25 marca o 16.00 w Miejskim Centrum Kultury przy ulicy Targowej w Skoczowie odbędzie się koncert charytatywny, z którego dochód zostanie przeznaczony na leczenie sześcioletniego Kubusia Bodery, ucznia Szkoły Podstawowej nr 8.
PLAN KONCERTU:
1. Wystąpienie dyrektora ZS nr 1 w Skoczowie.
2. Chór nauczycielski oraz dzieci z ZS nr 1 w Skoczowie.
3. Występ formacji tanecznej „Eksperyment” z Gimnazjum nr 2 w Skoczowie pod kierunkiem A. Zwardoń.
4. Występ zespołu regionalnego „Strumień”.
5. Występ wokalny absolwentki ZS nr 1 w Skoczowie Beaty Kołder.
6. Wystąpienie Ireneusza Kościelniaka, który przekaże rodzicom Kubusia na licytację przedmioty i pamiątki sportowe, między innymi: plastron z autografem Adama Małysza, folder z autografem Antoniego Piechniczka, koszulkę Podbeskidzia Bielsko-Biała z autografami piłkarzy, występującymi w ekstraklasie, a także kompletny strój KP Lukam z autografem I. Kościelniaka (byłego piłkarza m.in. Górnika Zabrze, Górnika Łęczna, Arki Gdynia).
7. Występ zespołu wokalnego Liceum Osuchowskiego w Cieszynie pod kierunkiem T. Tomana.
8. Występ Zdzisława Bagudy „Szczypiora”, uczestnika programu „Bitwa na głosy”.
9. Koncert zespołu muzycznego Batalion d’Amour ze Skoczowa
10. Występ zespołu SIMPLY COMPLICATED (uczniowie Szkoły Podstawowej nr 8 i Szkoły Podstawowej nr 1 ze Skoczowa)
11. Wystąpienie rodziców Kubusia
12. Podsumowanie i ogłoszenie wyników zbiórki charytatywnej przez Andrzeja Cichego z Chrześcijańskiej Służby Charytatywnej.

Więcej w numerze 6 (95) Czasu Skoczowa!

Na koniec był ogień
21-03-2012

10 marca strażacy z OSP Czechowice zebrali się na walnym zebraniu sprawozdawczym, by przedstawić i ocenić działania z 2011 roku oraz przyjąć plan na obecny rok. Stefan Kozłowski, prezes OSP, rozpoczął spotkanie od przywitania zaproszonych gości. Uczczono też minutą ciszy zmarłych w ubiegłym roku Józefa Kopcia, Franciszka Waloszczyka i Jana Szarego oraz Irenę Zbijowską z OSP Dziedzice, której pogrzeb miał miejsce w przeddzień spotkania. – Jest to świeża rana, która też nas boli – mówił S. Kozłowski.

OSP Czechowice, składająca się z dwóch oddziałów, zwanych potocznie Barlicki i Lipowiec, liczy siedemdziesięciu członków. Poza tym przynależy też do nich młodzieżowa drużyna pożarnicza, składająca się z siedmiu osób. Prezes zwrócił uwagę, że jest ona nieco zdekompletowana za sprawą tego, iż jej członkowie przekroczyli już osiemnaście lat. – Oczywiście czekają ich szkolenia i badania, a wówczas będą już mogli brać bezpośrednio udział w wyjazdach do zdarzeń – wyjaśniał S. Kozłowski, dodając, że w dzisiejszych czasach bardzo trudno jest zaszczepiać pracę społeczników.
– Bardzo liczę na druhów z zarządu, żeby nawiązali większą współpracę ze szkołami. Może też zmienią się przepisy i będziemy mogli lepiej finansować tę młodzież. Obecnie są to tylko wydatki na ubezpieczenie – dodał. Wyraził również nadzieję, że rozbudowa obiektów oraz współpraca z grupą PCK mogą dopomóc poprawie sytuacji. A o zaletach dobrze przeszkolonej młodej kadry może świadczyć chociażby przytoczona historia o tym, że gdy w szkole zaprószono ogień, to właśnie druhom z MDP udało się go ugasić w zarodku, dzięki czemu nie trzeba było nawet wzywać straży.
W ubiegłym roku zakończono również rozbudowę budynku straży przy ulicy Barlickiego. – Po budowniczych pozostały niemiłe wspomnienia, wiele zniszczeń, usterek, bardzo ciężko nam się z nimi pracowało, niektórzy nie są nawet rozliczeni – zaznaczył z goryczą prezes. Dwie pierwsze kondygnacje budynku zostaną przekazane grupie zawodowych strażaków z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej, a mały garaż i ostatnie piętro będzie do dyspozycji PCK. Wprawdzie obiekt nie jest jeszcze oddany do użytku, ale jest to planowane na maj. – Chcemy, by w przyszłości w naszym mieście była jednostka Państwowej Straży Pożarnej, co będzie pociągało za sobą konieczność zwiększenia pomieszczeń i przeznaczenia ich ten cel. W sytuacji, kiedy to jeszcze nie nastąpiło i nie wiemy, kiedy nastąpi, nie chcę wam odbierać ochoty i zapału, ale uczciwie powiedzieć, że będziecie mogli tam działać tak długo, dopóki PSP nie przekształci się w tym miejscu w jednostkę – mówił pod koniec spotkania Marian Błachut.
Walne zebranie sprawozdawcze to również okazja do przestawienia wyposażenia, o które wzbogaciła się straż w poprzednim roku. Zakupiono między innymi ponton z silnikiem, motopompę szlamową, kamizelki asekuracyjne, wskaźnik podświetlany, mostki przejazdowe, linki asekuracyjne, odzież ochronną, mundury, buty, koszulki i inne. OSP otrzymało również cenny zestaw medyczny. Nabyto także pompę powodziową, która jest dostępna do użytku dla całej gminy. Jest to niezwykle przydatne urządzenie, jednak nadal wymaga pewnego doposażenia, gdyż życie pokazało, iż siedem metrów węża to zdecydowanie za mało.
Niektóre elementy uległy zużyciu, dlatego też wymieniono gaśnice do obiektów i pojazdów oraz termę, odmalowano obiekt na Lipowcu i wymieniono tam oświetlenie. W obu obiektach odnowiono również parkiet. Uporano się także z naprawą wadliwej instalacji elektrycznej.
Z większych wydatków w tym roku planowane są między innymi zakup nowego pojazdu, naprawy kanalizacji w obu obiektach, ocieplenie garażu oraz przygotowanie obiektu przeznaczonego pod ćwiczenia, na które będą się składać przygotowanie placu, posianie trawy i budowa ogrodzenia.

Więcej w numerze 6 (252) Gazety Czechowickiej!

Miasto się dusi
14-03-2012

Zapowiadana od kilku lat rewolucja w organizacji ruchu w centrum Strumienia jest w powijakach. Powstało kilka miejsc parkingowych przy Kościelnej i za ratuszem, ale powiat nie spieszy się do remontu Podwala, które miałoby odciążyć centrum po wprowadzeniu płatnego parkowania, więc i ten pomysł, jak kilka innych, czeka. A ścisk jest coraz większy. Najprostszą receptą wydaje się wprowadzanie... zakazów.

Na temat właśnie zakazów zatrzymywania i postoju, stref płatnego parkowania itp. wiele mówiło się podczas spotkania mieszkańców Strumienia. – Chciałabym to podsumować zapytaniem i jednocześnie prośbą do władz miasta, żeby w najbliższym czasie, bo nie jest to sprawa na teraz, określiły mniej więcej, w jakim kierunku nasze miasto powinno zmierzać – nawoływała Bernadeta Parchańska. Podchwyciła wątek dyskusji o ul. Pawłowickiej, Londzina i Cieszyńskiej. – Są coraz bardziej zagęszczone, a infrastruktura jest tam marniutka. Naprawdę. Ze słów pani burmistrz wynika, że w najbliższym czasie nie ma szans na chodniki, ponieważ albo są to ulice powiatowe, albo nie ma pieniędzy i tak dalej. Jako Rada Mieszkańców spotykamy się z pytaniami, jak to nasze życie dalej ma wyglądać? Niewątpliwie miasto pięknieje, powstają nowe obiekty, ale codzienność staje się coraz bardziej uciążliwa – stwierdziła strumienianka. – Ponieważ wszystkim nam żyje się lepiej, mamy samochody. Już nikt nie chce dreptać na piechotę, bo tak szczerze mówiąc, nie ma gdzie dreptać. Najbezpieczniej jest w samochodzie. Gdy człowiek jedzie na rowerze, musi bardzo uważać, żeby mu ktoś o kierownicę czy lusterko nie zahaczył. Spacery z wózkiem, czy dzieckiem na rowerku też są niebezpieczne.
Stąd moje pytanie: Jaką władze miasta mają wizję naszej codzienności?
– Słuchając tych wszystkich wypowiedzi nasuwa się wniosek, że najprościej byłoby na rogatkach miasta postawić informację: „zakaz zatrzymywania i postoju w obrębie miasta” – przyznała B. Parchańska. Zauważyła, że z jednej strony złościmy się, że tu i ówdzie samochody stoją na zakrętach, ale z drugiej strony sami tymi samochodami jeździmy i chcemy nimi gdzieś stawać. – Uważam, że miasto po prostu się dusi. Nie starcza parkingów. Tych, które kiedyś były „na dziko”, jak na przykład koło Novej, nam ubywa. Nie traktujmy siebie samych i proszę, żeby władze nas nie traktowały jak zło konieczne i trzeba wszędzie zakazy poustawiać, bo przeszkadzamy – prosiła, odnosząc się do pomysłu wprowadzenia zakazu parkowania przy Pawłowickiej. – Wiem, że jest zakorkowana, sama tamtędy jeżdżę i auta faktycznie przeszkadzają, tylko nie sądzę, żeby to stały samochody kogoś, kto mieszka w Pawłowicach albo Jastrzębiu. To są albo samochody pracowników DPS-u, albo mieszkańców bloku, albo osób, które chcą przyjechać na rehabilitację do ośrodka zdrowia, a tam jest zakaz ruchu wszelkich pojazdów.

Więcej w numerze 6 (613) Nowej Formacji!

Za zielonym murem
08-03-2012

Wszyscy mają to samo odczucie: wysokie, sześciometrowe ekrany sprawiają, że ludzie czują się jak zamknięci w getcie. Fatalnie wpływa to na ich samopoczucie. – Bzika można dostać! – denerwuje się jedna z mieszkanek.

Teraz przed domem mają zielono przez okrągły rok. Co wyjrzą przez okno, staje im przed oczami wysoki, sześciometrowy ekran akustyczny. Wprost świata poza nim nie widzą! – I tak już do końca życia? – załamuje ręce Anna Pagieła, mieszkająca w Ochabach przy ulicy Głównej. – Co rano wstaję, patrzę na ten mur. Pisaliśmy pisma, prosiliśmy, błagaliśmy, a oni – nie! Musieli zrobić po swojemu. Bo ani ona, ani, jak zapewnia pani Anna, najbliższy sąsiad, czy znajdujący się w pobliżu zajazd, tych ekranów nie chcieli. Już rok temu podczas zebrania wiejskiego ochabianie składali wniosek, aby ich nie było. Jesienią zaczęto mocować pierwsze elementy, więc pisali do zarządcy, Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Katowicach, aby odstąpił na tym odcinku od montowania ekranów. „Generalna” wiedziała jednak lepiej, wskazując, że do postawienia ekranów została zobligowana przez Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego. Tam więc interweniowano. Urząd Marszałkowski stwierdził zaś, że: „Z opracowania technicznego wynika, że na sąsiadującym z analizowanym odcinkiem drogi terenach zabudowy mieszkaniowej przekroczone są dopuszczalne wartości hałasu i w celu ograniczenia negatywnego oddziaływania akustycznego drogi, należy zastosować zabezpieczenia akustyczne. W związku z powyższym oraz ze względu na skargi mieszkańców” stwierdzono, że trzeba ekrany zamontować tam, gdzie „występuje największe przekroczenie wartości dopuszczalnych hałasu i na uciążliwość narażona jest duża liczna mieszkańców. W sprawie tej nie zostały natomiast wydane żadne wiążące decyzje administracyjne. Nie określano parametrów, miejsca lokalizacji ani terminu zastosowania rozwiązań, chroniących przed nadmiernym hałasem”.

Więcej w numerze 5 (94) Czasu Skoczowa!

Średniowiecze w sercu miasta
08-03-2012

Że mieszkają jak za króla Ćwieczka? Gorzej, bo podczas siarczystych mrozów nie można było nawet iść tam, gdzie król piechotą chodzi. Do tego grzyb, pleśń, odpadające tynki, pękające rury, brak wentylacji, wyeksploatowane kaflowe piece, sparciała instalacja elektryczna, martwe gołębie na strychu… Długo by wymieniać. O nieszczęście w takich warunkach nietrudno.

Toalety w średniowiecznych zamkach były małymi pomieszczeniami z drewnianym siedziskiem. Ekskrementy spadały przez otwór na ziemię, do rzeki lub fosy. W domach zwykłych mieszczan załatwiano się do szklanych lub metalowych nocników, które opróżniano… prosto za okno, toteż przechodnie spacerujący wąskimi uliczkami miast musieli zachować wyjątkową czujność. Brzmi niewiarygodnie? Być może, ale nie dla mieszkańców kolejowego budynku przy ulicy Niepodległości 7 w Czechowicach-Dziedzicach, którzy są zmęczeni mieszkaniem w warunkach urągających ludzkiej godności.
Czas kamienicy zatrzymał się bodaj w latach powstania Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, czyli w drugiej połowie XIX wieku, o czym świadczy niezbicie zewnętrzny widok zabytkowego budynku. Zmylić mogą jedynie nowoczesne drzwi, które pasują do całości jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. – Gdzie jest konserwator zabytków? – zastanawia się głośno jeden z mieszkańców zabytkowego obiektu, bo jak widać nikt nie konsultował tej odosobnionej inwestycji zleconej przez PKP z konserwatorem. To ponoć obiekt zabytkowy, więc właściciele jednego z mieszkań musieli zamówić nowe okna w dawnym stylu, chcąc przed wprowadzeniem się wykonać remont. – Żeby dostać to mieszkanie, musiałem napisać pismo, że wykonam go na własny koszt. Budynek ten został wybudowany prawdopodobnie dla kolejarzy – tłumaczy użytkownik mieszkania. Po wojnie został częściowo odbudowany, bo podczas frontu uderzyła weń bomba. Od tego czasu prawdopodobnie niewiele więcej zrobiono, a jeżeli już, to scedowano to na lokatorów.
– Tu było okropnie. W pewnym momencie chcieliśmy się wycofać z umowy, myśląc, że nie podołamy, ale zapłaciliśmy już za okna – dodaje jego żona. – Nie było tu nic, musieliśmy zrobić łazienkę, ubikację. Dobrze, że była taka możliwość, bo niektórzy jej nie mają, więc korzystają z ubikacji na korytarzu. Każde mieszkanie ma swoją, ale w tej chwili nie nadają się do użytku, bo rury wodno-kanalizacyjne popękały podczas mrozów. Tragedia...
Piece kaflowe – czy to kuchenne, czy pokojowe – rozsypują się niczym domki z kart, toteż niektórzy używają pieców gazowych na butle. – Wszyscy robią to nielegalnie, mamy grzać grzejnikami elektrycznymi, ale instalacja elektryczna jest niedostosowana do takich celów. Groziłoby to pożarem. O cenach prądu nie wspominając – dowodzą lokatorzy XIX-wiecznego budynku. – Jeżeli płacimy czynsz, co dzieje się z funduszem remontowym? – zastanawiają się głośno.

Więcej w numerze 5 (251) Gazety Czechowickiej!

Ultimatum?
28-02-2012

Bielski PKS dał gminom Chybie i Strumień ledwo tydzień na reakcję w sprawie utrzymania kursów weekendowych na odcinku Strumień – Chybie. Przewoźnik postawił władze obu gmin pod ścianą, żądając dofinansowania. Inaczej miałyby nastąpić czystki w rozkładzie. Być może szersze niż tylko sobotnio-niedzielne.

17 lutego z PKS Bielsko-Biała pod adresem urzędów w Chybiu i Strumieniu skierowano pismo informujące, że od 1 marca przewoźnik zamierza wprowadzić zmiany w rozkładach jazdy linii Bielsko-Biała – Strumień przez Jasienicę, Iłownicę i Chybie. – Wynikają one z konieczności dostosowania kształtu komunikacji do obecnych warunków rynkowych, przy stale zmniejszającej się ilości przewożonych pasażerów. Dotyczy to głównie kursów wykonywanych w soboty i niedziele, gdzie ilość pasażerów, szczególnie tych korzystających z biletów miesięcznych pracowniczych, drastycznie maleje. Nie bez znaczenia jest fakt wprowadzenia dodatkowych kursów przez innych przewoźników na wybranych odcinkach linii realizowanych przez nasze przedsiębiorstwo – tłumaczy „proponowane” zmiany Marek Machała, prezes zarządu PKS Bielsko-Biała.
Problem z tym przewoźnikiem nie jest nowy i nie od gmin rozpoczęły się rozmowy – funkcjonowanie transportu publicznego nie jest zadaniem gminnym, a powiatowym. Mirosław Sitko, naczelnik wydziału komunikacji Starostwa Powiatowego w Cieszynie tłumaczy, że PKS Bielsko-Biała to spółka samorządowa podlegająca władzom powiatu bielskiego, a ten przypadek jest specyficzny, gdyż autobusy przemieszczają się po terenie trzech powiatów: grodzkiego Bielsko-Biała oraz ziemskich bielskiego i cieszyńskiego. W takich przypadkach pieczę nad transportem publicznym trzyma marszałek województwa śląskiego. – To utrudnienie, gdyż skoro bielski PKS jest własnością samorządu bielskiego, formalnie może jeździć tylko po powiecie bielskim, żeby realizować zadanie własne. Kursując do Strumienia wyjeżdża poza powiat, czyli jakby przekracza swoje kompetencje, uprawnienie wynikające z ustawy i żeby to robić, muszą być zawarte porozumienia międzypowiatowe – tłumaczył M. Sitko. Owszem, nikt w cieszyńskim Starostwie Powiatowym nie miał nic przeciwko takiemu porozumieniu, jednak nie tylko o niego chodziło. W grę weszły pieniądze na dofinansowywanie przewoźnika i to nie powiat, a zainteresowane gminy miałyby je wysupłać z budżetów. – Byliśmy skłonni takie porozumienie podpisać, patrząc na interes Strumienia i Chybia, ale nie byliśmy skłonni takiego rozwiązania finansować. Mamy w powiecie 56 linii komunikacyjnych, więc jeżeli rozpoczniemy to zjawisko, pójdzie ono dalej – stwierdza M. Sitko. – Nie jesteśmy na to przygotowani. Dlatego wystąpiono do gmin Chybie i Strumień z ofertami dopłaty bielskiemu PKS. W pierwszej wersji chodziło o 100 tysięcy złotych rocznie od każdej z gmin. Obie je odrzuciły. Z podobnych zresztą co cieszyńskie starostwo przyczyn.
Mimo to władze obu gmin zastanawiają się, czy nie iść na rękę nie tyle przewoźnikowi, co mieszkańcom, którzy korzystają z jego usług. Choć raczej szacują o ilu pasażerów miesięcznie chodzi. W sprawie ich liczby bielski PKS jakby nabrał wody w usta.

Więcej w numerze 5 (612) Nowej Formacji!

Nie będzie likwidacji
22-02-2012

Plany reorganizacji szkolnictwa w Skoczowie wywołały burzę. Na tapetę, jako jedną z tych generujących najwyższe koszty, wzięto m.in. szkołę w Kiczycach. Osoby z nią związane wybrały się na komisję rady. Tam radni dosyć luźno, niezobowiązująco, rozpatrywali różne koncepcje Skutek? Gościom zmroziło krew w żyłach i opuścili ratusz przekonani, że radni opowiedzieli się za likwidacją kiczyckiej placówki.

Nikt ich nie wyprowadził z błędu, więc zaczęli się martwić, co z tym fantem zrobić. Rodzice spotkali się z dyrektor i gronem pedagogicznym, równie licznie wybrali się 14 lutego na zebranie wiejskie. – Macie bojowe nastawienie, a nie ma przyczyny uzasadniającej ten stan rzeczy – zapewniła burmistrz Janina Żagan, przyznając, że reorganizacja oświaty w gminie Skoczów związana jest z mającymi wejść w życie zmianami sposobu konstruowania budżetu gminny.
– Podałam wszystkie propozycje, żeby nie było zarzutów, że jedną szkołę wskazuję, a drugiej nie. Ale jako przykład braliśmy zespół szkolno-przedszkolny w Kiczycach. Są tu mała szkoła i małe przedszkole i jest największe uzasadnienie takiego rozwiązania. Czy to był dobry przykład, czy nie... Taki przykład dałam. To są teoretyczne rozważania. Jest cały szereg przeszkód do pokonania i to też radni brali po uwagę. Go szkoły nie zyskały akceptacji – zakomunikowała.

Więcej w numerze 4 (93) Czasu Skoczowa!

Nowe życie „Silesii”
22-02-2012

Czechowicka kopalnia „Silesia”, która w tym roku świętuje 110. rocznicę istnienia, zaczyna swój żywot od nowa pod szyldem Przedsiębiorstwo Górnicze „Silesia”.

Na zaproszenie Dariusza Dudka z PG „Silesia” redakcja „Solidarności Górniczej” i strony internetowej w składzie: Krzysztof Leśniowski, Marek Jurkowski, Jacek Srokowski odwiedziła Czechowice-Dziedzice, by zobaczyć na własne oczy, jak po roku od przejścia w prywatne, czeskie ręce funkcjonuje przeznaczony niegdyś do likwidacji zakład.
Z góry musimy zmartwić ortodoksyjnych przeciwników prywatyzacji – to nie będzie dla was miła lektura…
– Ktoś, kto znał starą „Silesię”, mocno by się zdziwił tym, co zobaczycie – przekonywał oprowadzanych jeszcze przed bramą kopalni Dariusz Dudek, szef kopalnianej „Solidarności”, główny sprawca zmian, z inicjatywy którego powstała spółka pracownicza Przedsiębiorstwo Górnicze „Silesia”, do której następnie dołączył inwestor z Czech, koncern EPH (Energetický a Průmyslový Holding a.s.).
Cóż, łaźnie wyglądają jeszcze po staremu, ale ponoć wkrótce ma się to zmienić, tak jak cała powierzchnia, gdzie na razie nowością pachnie jedynie biurowiec dyrekcji, który przeszedł kompleksową renowację.
Prawdziwa niespodzianka miała czekać na dole. I faktycznie, już na podszybiu dało się odczuć, że kopalnia wre, na każdym kroku widać nowe maszyny, czy to wagony do przewozu ludzi, czy kolejki podwieszane renomowanych firm. Nawet zwykłe materiały eksploatacyjne, czyli wykonane z lekkich tworzyw rury robiły wrażenie. W komorze materiałowej już czeka na zbrojenie nowiutki kompleks „Famuru”, wyposażony w nowoczesny system e-kopalni, czyli informatyczny system zarządzania eksploatacją węgla od przodka ścianowego na powierzchnię kopalni.
W przodkach zaś wyrobiska drążą MR-y, najnowocześniejsze kombajny chodnikowe z „Sandvika”. To dzięki nowoczesnej technologii udaje się osiągać niewiarygodne postępy: 370 metrów miesięcznie, a rekord dobowy wynosi 39 metrów!
D. Dudek wspomina, że z chwilą sprzedaży niektórzy w Kompanii Węglowej, z ówczesnym prezesem Mirosławem Kugielem, śmiali mu się w żywe oczy, że nawet inwestor im nie pomoże, bo „Silesia” to trup. Najbardziej życzliwi przepowiadali, że nie przekroczą miesięcznie większego postępu w przodkach, niż 130 metrów.
– Swoje trzeba oddać załodze kopalni. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu wydawało się, że nie da się tej grupy pracowników poskładać do kupy, bo huśtawka, na jakiej znajdowała się „Silesia” sprawiła, że część załogi była wręcz zdemoralizowana. Kiedy jednak ci sami ludzie zobaczyli, że coś się dzieje i to dobrego, że maszyny idą na dół, rury i kable są wymieniane, wtedy sami się pozbierali. Dziś nie trzeba im mówić, co mają robić, sami to wiedzą. Wszyscy mamy wspólny cel – chcemy, by „Silesia” była najlepszą kopalnią w Polsce i to już wkrótce – nie ukrywa D. Dudek.
Nadsztygar Jacek Wieczorek, który towarzyszył gościom na dole, również jest pełen entuzjazmu. Zwłaszcza, kiedy opisuje funkcjonalność każdego nowego urządzenia.

Więcej w numerze 4 (250) Gazety Czechowickiej!

Trochę świeżej krwi
14-02-2012

Orzeł ma nowy zarząd. Próbowano go już wybrać w grudniu, ale na zebranie przyszło za mało osób. Drugie podejście, tym razem udane, odbyło się w styczniu. Są nowe władze i problemy, których przyczynkiem jest nowy budynek rekreacyjny w sąsiedztwie boiska. Mimo że powstał pod egidą Orła, ten nie ma z nim nic wspólnego. Jest za to kłopot jak po wyprowadzce świetlicy utrzymać stary klubowy obiekt.

– Zarząd klubu mocą przepisów musiał się podać do dymisji, bo władze są wybierane tylko na dwa lata – tłumaczy powód przeprowadzenia wyborów Marian Kajstura, prezes LKS Orzeł Zabłocie poprzedniej kadencji. Pierwsze zebranie odbyło się 11 grudnia. Przyjęto sprawozdanie finansowe i gospodarcze oraz wniosek komisji rewizyjnej o udzielenie zarządowi absolutorium. – Jednak nie podjęto uchwały o wyborze nowych władz ze względu na małe zainteresowanie społeczeństwa. Szczerze mówiąc nie było z kogo wybrać składu zarządu – mówi M. Kajstura. To zdziwiło działaczy, bo wydawało się im, że będzie inaczej, że na ich zaproszenie odpowie liczniejsza rzesza kibiców i sympatyków zabłockiego Orła. Byli przekonani, że ci skorzystają z tego, iż to właśnie przy takich okazjach można się dowiedzieć wszystkiego o klubie, usłyszeć fakty i prawdziwe wiadomości, zamiast wysłuchiwać plotek i domysłów na temat sytuacji w drużynie i jej władzach.
Nastąpiło przeniesienie w czasie wyborów. Drugi termin zebrania przypadł na 15 stycznia. – Jeśli jesteś fanem Orła i/lub choć trochę zależy ci na jego losach przyjdź na arcyważne walne zebranie! Twoja obecność i aktywność na spotkaniu zdecyduje, jak dalej potoczy się działalność naszego klubu! Liczymy na ciebie! – apelowano nawet z... koś¬cielnej ambony.
15 stycznia odbyło się więc drugie, powtórzone walne zebranie Orła, na którym wyłoniono zarząd z nowym prezesem na czele. – Zainteresowanie członków klubu było większe, być może zaważyła świadomość ewentualnych skutków, jakie niósłby za sobą brak wyboru zarządu – mogłoby nastąpić rozwiązanie klubu – ujawnia były prezes, choć zapewnia, że to byłaby ostateczność. – Można powiedzieć, że taka informacja miała na celu bardziej mobilizację niż działanie zmierzające do rozwiązania klubu. Stąd taka a nie inna treść zaproszenia na zebranie. Zresztą to, że w grudniu nie wybrano zarządu też poniosło się po Zabłociu echem. Poprzedni zarząd musiał się podać do dymisji, a nowego nie wybrano, więc siłą rzeczy klub przestałby istnieć. Nie było chętnych. Styczniowe zebranie, niestety, też nie powalało frekwencją, ale wystarczyło osób, by wybrać władze klubu.

Więcej w numerze 4 (611) Nowej Formacji!

Suwerenna decyzja powiatu
08-02-2012

Z Zespołem Szkół Ogólnokształcących w Skoczowie coś trzeba zrobić. Rozmowy trwają, ale każda ze stron raczej twardo obstaje przy swoim i kolejne spotkania niewiele wnoszą. Starostwo podtrzymuje dwa warianty, wcześniej przedstawione miejskim radnym do zaopiniowania.

Obecność starosty cieszyńskiego Jerzego Nogowczyka podczas obrad komisji kultury Rady Miejskiej Skoczowa w zasadzie niewiele nowego wniosła. – Pojawiały się głosy, że głównym motywem naszego działania było sprzedanie budynku, ale to nieprawda – przekonywał po raz kolejny.
Przypomniał, że propozycje starostwa zmierzają w dwóch kierunkach. Pierwszy wariant zakłada, że liceum zostanie przeniesione na Bajerki, aby po czasie wraz z ZSZ stworzyć zespół szkół, a budynek po LO zostanie przekazany gminie, co pozwoli jej na uporządkowanie własnej sieci szkół. W drugim wariancie powiat przekazałby budynek miastu w użyczenie i to Skoczów stałby się organem prowadzącym liceum, co dałoby możliwość połączenia go z inną szkołą, którą miasto prowadzi. – Ta propozycja wydaje się godzić interesy zarówno powiatu, jak i aspiracje miasta Skoczowa – stwierdził starosta.
– Czuję się w obowiązku zabrać głos, bo byłem przy narodzinach tej szkoły – w trakcie dyskusji głos zabrał Mateusz Czupryna, wieloletni nauczyciel i m.in. dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Cieszynie im. A. Osuchowskiego. – To jest akcja ogólnokrajowa, wszystko się zamyka. Są takie działy w budżetach, jak oświata czy kultura, które trzeba dotować, które na siebie nie zarabiają. Z tym się trzeba liczyć. Nie wyobrażam sobie, żeby Skoczów nie miał liceum. Miał go po I wojnie światowej, potem trzeba było Bielsko spolszczyć i tam go skierowano. Walczyliśmy, jako społeczeństwo, przez wszystkie lata PRL-u, dopiero okres transformacji spowodował, że można było stworzyć to liceum. 20 lat i znów go likwidować? Powinno być tam, gdzie jest, przy ulicy Bielskiej. Tradycję buduje się bardzo długo.

Więcej w numerze 3 (92) Czasu Skoczowa!

Temat: woda
08-02-2012

Podczas styczniowej sesji Rady Miejskiej najwięcej emocji wywołała sprawa zatwierdzenia taryfy dla zbiorowego zaopatrzenie w wodę i odprowadzania ścieków. Radni domagali się zrezygnowania z usług Rejonowego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Tychach. Okazuje się, że to wszystko nie jest takie proste, jakby się na pozór wydawało.

Komisje zrazu przychyliły się zatwierdzenia projektu uchwały dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków, bo tak czy inaczej taryfa – za zgodą rady czy z jej dezaprobatą – weszłaby w życie. RPWiK ma co prawda obowiązek przedstawiania jej Radzie Miejskiej, ale bez względu na decyzję samorządu lokalnego i tak zaproponowaną przez siebie stawkę ma prawo wprowadzić. Zdarzyło się w jednej z ościennych gmin, że firma zarządzająca „mokrym towarem” pominęła radę, licząc na to, że ta zapomni o swoim wątpliwym przywileju. Tak się nie stało. Toteż i w Czechowicach-Dziedzicach dyskusja nad wodno-ściekowym tematem rozpoczęła się już podczas spotkań poszczególnych komisji. Ale prawdziwe apogeum nastąpiło w trakcie zwołanej na 31 stycznia sesji. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że awarie sieci wodociągowej są w gminie Czechowice-Dziedzice normą, podobnie straty wody, wynikające głównie z nieszczelności wodociągu. Pytania stawiane przez radnych dotyczyły jednak wszystkiego, co zawarto w uzasadnieniu do wniosku, przeanalizowali niemal każdą linijkę tekstu, co wynikło z przebiegu burzliwej miejscami wymiany zdań.
– Jak państwo mogą uzasadnić koszt odczytu, 5,56 zł, kiedy analogiczny koszt w naszym Przedsiębiorstwie Inżynierii Miejskiej wynosi 3,16 zł? I czym podyktowana jest różnica w ilości odczytów oraz ilości wystawionych faktur? – zainteresowało na wstępie Stanisława Pindla, przewodniczącego komisji budżetu. Dogłębnej i wyczerpującej odpowiedzi udzielił mu prokurent Andrzej Bednarczyk, dyrektor ekonomiczno-finansowy RPWiK. – Spółdzielnie mieszkaniowe obsługiwane są jako jeden płatnik, natomiast mają wiele budynków mieszkalnych, na których są zainstalowane wodomierze, stąd występują faktury wielopozycyjne. Koszt odczytu składa się z poszczególnych czynników, pierwszy to utrzymanie w gotowości urządzeń do świadczenia usług, drugi to koszt odczytu, a trzeci wiąże się z rozliczeniem tychże należności – wymienił, przy czym za pierwszy z nich nie jest pobierana należność, drugi to w prostej linii wynagrodzenie odczytujących liczniki osób, a trzeci związany jest z wygenerowaniem faktur i ich dostarczeniem do odbiorców.
– Przez dziesięć lat podziwiam pańską elokwencję. Jakiekolwiek pytanie bym zadał, to państwo zaw¬sze znajdziecie wytłumaczenie – zaatakował prokurenta radny Fryderyk Czader. – Jest to projekt uchwały, który jest właściwie naszą porażką. Są tematy w gminie, z którymi dajemy sobie radę, bo mają na to wpływ czynniki subiektywno-obiektywne – przytoczę przykład budowy biblioteki. Jeśli chodzi o wodociągi, to jest to temat subiektywny, zależny wyłącznie od nas, a jeśli coś zależy tylko od nas, to nie mamy pomysłu. Mamy wizję, że możemy wykupić wodociągi, barierą tego wykupienia jest 6 mln zł i na dzień dzisiejszy stajemy w miejscu i drepczemy. I to jest nasza nieudolność, że nie możemy w tym temacie nic zrobić – mówił radny, zwracając się bardziej pod adresem burmistrza. – To przedsiębiorstwo funkcjonuje, jak funkcjonuje. Przy tym odpisie amortyzacyjnym, jeśli my coś nie zrobimy, to oni tym bardziej nic nie zrobią i gdy się spotkamy za dwa lata to straty na sieci będą 45-procentowe. Dlatego nie będę zadawał pytań, bo odpowiedź będzie taka, jaką uzyskał przewodniczący komisji finansów. Jak czytam (we wniosku – przyp. red.), że proponowana przez przedsiębiorstwo taryfa umożliwia utrzymanie odpowiedniego standardu usług oraz pozwala na wprowadzenie nowych rozwiązań… No, ble, ble, ble – denerwował się radny, wywołując potem tym sformułowaniem wilka z lasu. – Złości mnie, gdy czytam, że wszystko będzie lepiej, a przecież założyliśmy dwa lata temu obniżenie strat do poziomu 35 procent. Dzisiaj mamy ponad 40 i musimy to przyjąć. I taka jest prawda, nikt tego nie zmieni, jedynie my sami możemy to zrobić, inaczej nie ma co liczyć na to, że na sieci wodociągowej będzie u nas lepiej.
Dłużny nie pozostał radnemu wiceprezes zarządu Marek Dygoń, dyrektor ds. technicznych RPWiK. – Dziesięć lat pan się z nami spotyka i dziesięć lat mówi to samo. To ble, ble, ble… Rozumiem, że to jest tylko przejęzyczenie – rozemocjonował się prezes, więc prowadzący tego dnia obrady sesji wiceprzewodniczący RM Bartłomiej Fajfer sprowadził go stanowczym tonem na ziemię.

Więcej w numerze 3 (249) Gazety Czechowickiej!

Uskrzydlona gala
01-02-2012

21 stycznia sala pod amfiteatrem wypełniła się osobami, którym dziękowano za wspieranie wszelkich poczynań ośrodka. Czy to w sposób materialny, czy jakikolwiek inny. – To dzięki państwu wiele tych przedsięwzięć może dochodzić do skutku – zapewniał zebranych dyrektor GOK Rafał Cymorek, nie zapominając także o tych, którzy na co dzień wspierają swoją pracą wiele inicjatyw, a nawet sami je tworzą. – Mam nadzieję, że Euro nam nie przeszkodzi w tych naszych działaniach – żartował, bo podczas gali dowcip jest zawsze w cenie.

Uskrzydlone statuetki „pofrunęły” w tym roku do rąk dyrektora Zakładów Mięsnych „Łukosz” Jacka Jadzińskiego, Macieja Białeckiego, Jacka Strządały, Edyty i Mirosława Losków, Joanny Rajby, która odebrała ją w zastępstwie Ryszarda Nikla, Krystyny i Jerzego Frydów, Sebastiana Strządały, a ponadto władz gminy Chybie.
– Cieszę się, że mogłam znaleźć się w gronie osób, które wspierają GOK – mówiła wójt Elżbieta Dubiańska-Przemyk, rewanżując się podziękowaniami i słowami uznania dla jego pracowników. – Dzięki ich zaangażowaniu i oddaniu, przy takim, a nie innym budżecie, robią tak wiele – dodała. W podobnym tonie wypowiedział się przewodniczący Rady Gminy Chybie Mirosław Wardas. – To jest nagroda dla całej naszej piętnastki – mówił w imieniu wszystkich radnych przewodniczący, przystępując do wręczenia przyznawanego przez nich wyróżnienia, jakim jest Kryształowa Rosiczka. W tym roku odbiorcą tej nagrody był Hieronim Pisarek, a stosowną uchwałę odczytał wiceprzewodniczący rady Jan Mikołajczyk.
– To oficjalne podziękowanie za wkład i zaangażowanie w życie naszej gminy – mówił M. Wardas, mając głównie na myśli wspieranie „Cukrownika”. – Szczególnie za szczodrobliwość i dotowanie klubu sportowego, a małżonce za wyrozumiałość – podkreślił przewodniczący.

Więcej w numerze 3 (610) Nowej Formacji!

Komu przeszkadzamy?
24-01-2012

– Nie rzucajcie nam kłód pod nogi. Jeżeli nie możecie pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzajcie – apelują zgodnie do władz miasta. – Dajcie nam szansę się rozwijać, traktujcie na równi z innymi podmiotami, które są na rynku. Jeżeli wyrzucą nas z boiska, frekwencja dzieci na treningach drastycznie spadnie. Pomysł prezesa Klaczaka, aby to boisko było tylko meczowe i tylko dla seniorów, to nie jest pomysł na poprawę stanu boiska, tylko pomysł, żeby wyrzucić z boiska szkółkę piłkarską.

Ireneusz Kościelniak i Andrzej Ogórek mówią jednym głosem, choć w dwóch różnych sprawach. Pierwszy zajmuje się szkółką piłkarską Lukam 2010, drugi jest prezesem Klubu Piłkarskiego Lukam Skoczów. Panowie odnoszą wrażenie, jakby obie te niedawno powstałe organizacje były w Skoczowie postrzegane niechętnie.
– Szkółka rozwija się w dobrym, szybkim tempie i nie wszyscy są z tego powodu zadowoleni – przypuszcza I. Kościelniak. – Tworzymy dla nich konkurencję, chce się nas wyrzucić z boiska, więc widocznie komuś przeszkadzamy. Jesteśmy uzależnieni od miasta i od boiska głównego. Jeżeli wyrzucą nas z boiska, frekwencja dzieci na treningach drastycznie spadnie. Pomysł prezesa Klaczaka, aby to boisko było tylko meczowe i tylko dla seniorów, to nie jest pomysł na poprawę stanu boiska, tylko pomysł, żeby wyrzucić z boiska szkółkę piłkarską. Tak to odbieram.
– Gdybym taką szkółkę zrobił w dużym mieście, miałbym o wiele łatwiej, tam nie ma takiej zawiści – mówi trener. – Zrobiłem to w Skoczowie, bo tu się osiedliłem. Czasem się nad tym zastanawiam, bo tyle jest kłopotów, problemów. Mam propozycję z Czech. Gdyby patrzeć z perspektywy pieniędzy, tam zarabiałbym dwa razy tyle, ile teraz. A jednak chcę dać szansę tym dzieciakom.

Więcej w numerze 2 (91) Czasu Skoczowa!

Odkłamywanie rzeczywistości
24-01-2012

Interesuje się pedagogiką, historią wojskowości, polityką. Jest jedyną kobietą, która zasiada w zarządzie ONR oraz Stowarzyszeniu „Marsz Niepodległości”, a do tego… mieszkanką Czechowic-Dziedzic. – Nawet rodzice nie do końca wiedzą, co robię – uśmiecha się krucha szatynka o wyjątkowej sile charakteru.

Już w dzieciństwie zwracano uwagę na jej wyjątkowe umiłowanie ojczyzny. – Pamiętam, że wujek zawsze się śmiał, że ze mnie będzie patriotka, bo gdy ktoś powiedział: „Sorry”, zwracałam mu uwagę, że jest w Polsce, więc powinien mówić po polsku – wspomina Anna Holocher z domu Fołta. Potem przyszły lata zdobywania wiedzy, których starała się nie zmarnować, bo jak przyznaje, interesowała się zawsze wszystkim wokół. – Na studiach zaczęłam więcej czytać, interesować się polityką i tak jakoś to we mnie dojrzewało. Cały czas słuchałam narzekania na wysokie podatki, rosnące ceny, więc mówiłam: „To zróbcie coś z tym”. „Co my zrobimy?” – odpowiadali, więc postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczęłam szukać jakiegoś kontaktu z ludźmi, którzy myślą podobnie do mnie, mają poglądy narodowe. I znalazłam taką organizację – wspomina czechowiczanka, która natrafiła na katowicką brygadę Obozu Narodowo-Radykalnego. – Słyszałam już o nim wcześniej, ale wszyscy nazywali ich faszystami, skinheadami, nazistami, a tak naprawdę, gdy ich spotkałam, byłam w szoku. Były tam kobiety z dziećmi, studenci, młodzi ludzie z tytułami doktora. Wiadomo, że wszędzie mogą się trafić ogoleni na łyso troglodyci w glanach, ale w większości to normalni, porządni ludzie – zapewnia.
Nim zdecydowała się wstąpić do tej na wskroś prawicowej organizacji, zgromadziła na jej temat mnóstwo wiadomości. Jadąc do Katowic na pierwsze spotkanie nawet przez myśl jej nie przeszło, że nie tylko odnajdzie tam swój życiowy cel, ale i własne przeznaczenie. Był nim Przemysław Holocher.
– Przyznam szczerze, że bałam się go na początku, bo był szefem brygady, czyli tzw. koordynatorem. Wydawało mi się, że ta organizacja jest paramilitarna. Pomyślałam: „Boże, jaki ważniak, nie chcę z nim rozmawiać”. Zapytał, jakie mam poglądy, a czemu to, a czemu tamto. Potem zaczęliśmy pisywać do siebie przez Internet, na Gadu-Gadu, później dzwonić i tak to jakoś wyszło – śmieje się pani Anna, obecnie mama pięcioletniej Natalii i dwuletnich bliźniąt, Karola i Maksymiliana.

Więcej w numerze 2 (248) Gazety Czechowickiej!

Sortownia na włosku
18-01-2012

Mówią, że władze w Strumieniu rzucają im kłody pod nogi, w zmianie przepisów z 2010 roku upatrując wyeliminowanie problemu, jaki od pewnego czasu mają z sortownią odpadów w Zabłociu za sprawą często pukających do drzwi ratusza „życzliwych”, skarżących się na jej działalność.

Problem dla Ewy i Zdzisława Janotów, właścicieli przedsiębiorstwa EKOM pojawił się w związku z wejściem w życie ustawy z 2010 r. Wprowadziła ona m.in. wymóg, aby przy wydawaniu zezwoleń na prowadzenie działalności związanej z odpadami brać pod uwagę zapisy prawa miejscowego, czyli np. planu zagospodarowania przestrzennego (mpzp). Dla EKOM-u okazała się to kwestia nie do przejścia do dziś.
Plan dla Zabłocia został uchwalony w 2003 roku. To wtedy starosta cieszyński, po uzyskaniu pozytywnej opinii burmistrza Strumienia, zezwolił przedsiębiorstwu na prowadzenie przez kolejnych dziesięć lat działalności w zakresie zbierania i odzysku
odpadów, wówczas na posesji przy ul. Tulipanów 3. Zakres działalności początkowo obejmował odbiór i sortowanie surowców wtórnych, takich jak szkło, plastik, papier i złom. Najpierw poszerzono go o odpady wielkogabarytowe, a potem komunalne. W 2006 r. starosta wydał pozwolenie, po otrzymaniu kolejnej pozytywnej opinii strumieńskiego urzędu, na przeniesienie tejże działalności na grunt przy ul. Długiej 33, również będący własnością państwa Janotów. Stała tam już, na parceli o numerze 801/21, wybudowana przez nich hala do odzysku surowców wtórnych z selektywnej zbiórki odpadów komunalnych. W uzasadnieniu zezwolenia na jej budowę z 2004 r., którego kopia trafiła do Urzędu Miejskiego w Strumieniu i właścicieli pobliskich posesji, starosta wskazał m.in., że zgodnie z obowiązującym planem zagospodarowania „teren położony jest w jednostce 28 M, dla której przeznaczenie określono jako „zabudowa mieszkaniowa jednorodzinna i zagrodowa z dopuszczeniem usług związanych z mieszkalnictwem (np. handel, gastronomia, rzemiosło) nie powodujących uciążliwości dla otoczenia. Zgodnie z ustawą rodzaj działalności planowany przez inwestora jest zaliczany do rzemiosła. Przedmiotowe zamierzenie jest zgodne z ustaleniami mpzp. Inwestycja nie jest zaliczona do przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko”. Nikt nie miał do tego zastrzeżeń.
– Zapis w planie zagospodarowania działki był od momentu jej zakupu cały czas taki sam. Na działce z zapisem 28 M dostaliśmy pozwolenie na budowę tej hali i działalność sortowni – mówią E. i Z. Janotowie. – Od początku było wiadomo, na co zostanie przeznaczona. Od tamtej chwili nie wprowadzaliśmy żadnych zmian budowlanych.
W ciągu kilku lat parę razy poszerzano zakres odzyskiwanych odpadów. Nie było z tym większego problemu. Za każdym razem, gdy starostwo dodawało do puli odpadów nowe, burmistrz Strumienia był o tym nie tylko informowany, ale i wydawał pozytywne opinie. Do 2010 roku. – Wystosowaliśmy do UM w Strumieniu pismo, że chcemy rozszerzyć zakres naszej działalności – mówią. – Spotkaliśmy się z odmową. Argument – plan zagospodarowania na to nie pozwalał. Przecież działaliśmy w tym miejscu od sześciu lat i dotąd z powodu planu problemów nie było – doszukuje się sprzeczności w postępowaniu urzędników E. Janota. – Przepisy, które weszły dwa lata temu nakazywały też wyrobienie zezwolenia na wytwarzanie odpadów, procesu ściśle związanego z sortowaniem – dodaje. Chodziło o dołączenie do opasłego kompletu pozwoleń kolejnego papierka. Do zakładu trafia odpad komunalny, jednak po przejściu procesu sortowania następuje zmiana jego nazwy na opakowaniowy. I to jest owo wytwarzanie odpadów, bo cały czas chodzi o te same śmieci.

Więcej w numerze 2 (609) Nowej Formacji!

Pulsujące serce miasta
11-01-2012

8 stycznia ruszył XX Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tym roku wolontariusze kwestowali na zakup urządzeń ratujących życie wcześniaków oraz pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą. Na terenie Skoczowa zebrano 47.709,70 zł.

Nie jest to wynik końcowy, ponieważ nadal na Allegro trwa licytacja przedmiotów związanych z WOŚP 2012 – kalendarze ścienny i kieszonkowy, kubek, koszulka, apteczka i książka autorstwa Jerzego Owsiaka. Informacje na temat aukcji można znaleźć na stronie internetowej ZSO w Skoczowie.
Organizatorami skoczowskiego finału byli już tradycyjnie ZSO, OSP i MCK Integrator, wspierani przez Urząd Miejski, policję i straż miejską. W samo południe na rynku rozpoczął się happening „Pulsujące serce Skoczowa”. Pomimo nieprzyjaznej, deszczowej aury, zgromadził sporo osób. Zadaniem odpowiednio uformowanej grupy było trzymanie czerwonych arkuszy i poruszanie się według wskazówek trzech licealistek stojących na fontannie. Wszystko po to, by stworzyć mocno bijące serce.
Kilkanaście samochodów OSP z gminy Skoczów przejechało na sygnale ulicami miasta. W ramach wystawy „Jak Wojtek został strażakiem” zaprezentowano sprzęt pożarniczy oraz zorganizowano pokaz pierwszej pomocy z udziałem ochotniczki, wcielającej się w rolę ofiary wypadku drogowego. Akcję ratunkową tłum śledził z uwagą i przejęciem, a na koniec nagrodził brawami.

Więcej w numerze 1 (90) Czasu Skoczowa!

Dzielenie budżetowego tortu
11-01-2012

– Chcemy zapewnić, że zarówno z naszej strony, jak i wszystkich podległych służb dołożymy wszelkich starań do realizacji planów i zamierzeń, ale również zwracam się do państwa z prośbą o troskę i wspólne działanie na rzecz realizacji podjętych zadań w tym budżecie. Jest to nasza wspólna sprawa. Nie jest to tylko mój budżet, ani tylko wasz, tylko nasz wspólny – zapewnił na zakończenie trwającego kilka godzin omawiania okołobudżetowych spraw burmistrz.

Nim rozgorzała dyskusja nad budżetem, o powodach takiej a nie innej konstrukcji tego podstawowego dokumentu, w oparciu o który gmina Czechowice-Dziedzice realizuje swoje zadania rozprawiał obszernie burmistrz Marian Błachut. – Opracowywany jest na podstawie pewnych prognoz, obarczonych bardzo dużym stopniem ryzyka. Wydarzenia, jakie mają miejsce w Unii Europejskiej oddziaływują na niego w sposób bezpośredni. Nierównowaga finansów publicznych w takich krajach jak Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, a ostatnio Irlandia mają wpływ na kształt polityki finansowej naszego państwa, a ta z kolei kształtuje politykę finansową samorządu. Relacja jest bezpośrednia, czyli czynniki w skali makroekonomicznej, tej europejskiej i krajowej, a także czynniki polityczne, to są te dwa najważniejsze determinanty, które określają nasz budżet – dowodził burmistrz. –Inne wynikające z tego działania dostosowawcze naszego ministra finansów, gorsze przewidywania dla polskiej gospodarki, konsekwencja zbliżającego się zadłużenia do granicy 55 procent długu publicznego również znajduje odzwierciedlenie w naszym budżecie. Konsekwencje długu publicznego dla gmin są niewspółmierne. Kolejne przekazywane samorządom zadania generują dodatkowe koszty, za którymi nie idą od strony rządu środki finansowe. Powoduje to, że sytuacja finansów jednostek samorządów jest coraz gorsza.
Działamy na trudnym obszarze pewnych niewiadomych. Aby nasz budżet mógł być sfinansowany, czyli po stronie kosztów i wydatków nastąpiła równowaga, musieliśmy dokonać pewnych działań oszczędnościowych, a nawet – powiedziałbym – kreatywnych, żeby budżet można było zbilansować. I tak nasz budżet nie jest budżetem z nadwyżką inflacyjną, czyli dochody własne są wyższe niż bieżące wydatki. Dochody budżetu zaplanowano na poziomie 121 435 662 zł. Wydatki bieżące mogą być pokrywane wyłącznie z dochodów bieżących, wcześniej można było zaciągnąć kredyty. Teraz kredyty możemy zaciągać wyłącznie na działania inwestycyjne, to w sposób zasadniczy zmienia konstrukcję naszego budżetu i ogranicza możliwości działań.

Więcej w numerze 1 (247) Gazety Czechowickiej!

Poszerzamy teren
05-01-2012


Z nowym rokiem proponujemy Czytelnikom kilka znaczących zmian w naszych wydawnictwach. Jedną z nich jest wnętrze gazety, które bez specjalnego wyodrębniania nazwaliśmy po prostu „Prasą Lokalną”. Ma to dwa cele: po pierwsze łatwiej będzie nam znieść koszty produkcji, a po drugie – nadszedł chyba najwyższy czas, aby połączyć ze sobą gminy Chybie i Strumień oraz... Skoczów. To bliźniacze kulturowo tereny i warto wiedzieć, co dzieje się u sąsiadów. Od następnego numeru oprócz wspólnej „Prasy Lokalnej” w każdym wydaniu „Nowej Formacji” czytelnicy znajdą „Czas Skoczowa”. A zatem nie gubiąc autonomii wydań lokalnych znacznie poszerzymy obszar terytorialny. Mamy nadzieję, że pomysł spotka się z akceptacją. Tym bardziej, że w związku z tym znacznie wzrosną nakłady obydwu gazet. (red.)

Więcej w numerze 1 (608) Nowej Formacji!

Wesołych świąt!
21-12-2011

Od środy w sprzedaży kolejna, poszerzona, 40-stronicowa „Nowa Formacja”.

Na dodatek, po raz pierwszy, czytelnicy otrzymają w prezencie świąteczne wydanie „Czasu Skoczowa”. Jeśli nasze plany się powiodą, to „Czas” już na stałe zagości jako wkładka w „Nowej Formacji”.
W świątecznym numerze kontynuujemy coroczną opowieść o parach, które w związek małżeński wstąpiły pięćdziesiąt lat temu. Ponadto na łamach najnowszego wydania przedstawiamy dyskusje wokół strumieńskiego budżetu i herbu, piszemy o niezwykłych ludziach itp. Znalazło się też miejsce na bieżące wydarzenia, które, jak na okres przedświąteczny przystało, w dużej części zdominowały mikołajki. A za poprawne rozwiązanie krzyżówki można zdobyć nagrodę pieniężną.

Więcej w numerze 26 (607) Nowej Formacji!

Nie każdy może być nauczycielem
15-12-2011

Co najmniej trzy miliony oszczędności trzeba znaleźć w skoczowskim budżecie. W przeciwnym razie najprawdopodobniej już w 2014 roku gminy nie będzie stać na spłacanie zaciągniętych dotąd kredytów, nie wspominając o nowych inwestycjach.

Tymczasem tylko do płac nauczycieli – szkolnych i przedszkolnych – trzeba będzie dopłacić w przyszłym roku osiem i pół miliona złotych. Radni szykują się do obcięcia nauczycielom o połowę dodatku motywacyjnego. Pomysł ten wzbudził wśród grona pedagogicznego ogromne kontrowersje. Delegacja nauczycieli wzięła udział w komisji kultury i oświaty, aby wyrazić swój zdecydowany sprzeciw.
– Proponowałabym, żebyście państwo wnikliwie przeanalizowali budżet i spróbowali zastanowić się, czy jednak udałoby się znaleźć pieniądze w innych sferach, a nie tylko poszukiwać oszczędności w oświacie – mówiła Agata Wrona, prezes skoczowskiego oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego – Rozumiem, że oświata to bardzo drażliwy temat, bo to są duże koszty. Nasze pensje są dotowane z budżetu państwa, jest na to subwencja oświatowa, jak również na podwyżki. Tak jest w przypadku pensji podstawowej, natomiast dodatki są w gestii gmin. Rozumiem, że jest kryzys, ale to takie słowo wytrych. Wszystko, co niedobre, czego się nie da, zrzucane jest na kryzys.
Nauczyciele stwierdzili, że niedopuszczalne jest, aby oszczędności rozpoczynać i kończyć na oświacie i zdania tego nie zmienili, mimo że i burmistrz, i radni próbowali wyjaśniać, że ograniczenia dotyczą niemal każdej dziedziny. Na inwestycje w przyszłym roku gmina zaplanowała tylko osiem milionów złotych, czyli mniej, niż trzeba dopłacić do nauczycielskich pensji.
Burmistrz Janina Żagan tłumaczyła, że dużym obciążeniem dla budżetu są urlopy zdrowotne nauczycieli, których ilość w ostatnim czasie znacznie wzrosła. Ich koszt może dojść nawet do miliona złotych. Skądś te dodatkowe pieniądze trzeba wziąć, stąd pomysł obcięcia nauczycielom dodatku motywacyjnego – do 75 złotych miesięcznie na osobę. Ci apelowali, aby tego nie robić, bo to dla nich ogromna kwota, a poza tym to jedyna możliwość dla dyrektora, aby nagrodzić najbardziej aktywnych pedagogów.
Podczas obrad komisji z obu stron padło trochę cierpkich. Wreszcie podenerwowani nauczyciele opuścili klasę lekcyjną Gimnazjum nr 2 w Skoczowie, gdzie odbyło się wyjazdowe posiedzenie komisji kultury i oświaty. Nauczyciele urażeni, że coś próbuje się im odebrać, a radni, z wrażeniem roszczeniowości grona pedagogicznego, chyba rozczarowani ich niezłomną postawą i brakiem zrozumienia dla racji szczupłego budżetu.

Więcej w numerze 26 (89) Czasu Skoczowa!

Nie chcemy tej inwestycji!
14-12-2011

Nie osiągnięto żadnego porozumienia podczas spotkania mieszkańców ulicy Chłodnej z burmistrzem i przedstawicielem Valeo. Mieszkańcy protestują przeciwko rozbudowie zakładu. Część z nich chce, by fabryka kupiła ich domy, a część ani myśli się stamtąd wyprowadzać.

Do spotkania stron doszło 7 grudnia w Urzędzie Miejskim. Stronę miasta reprezentował burmistrz Marian Błachut i jego podwładni, a Valeo – dyrektor ds. inwestycyjnych Tomasz Langanc.
– Jeżeli wybudujecie halę na 15 tysięcy metrów, parking, zaplecze socjalne i laboratorium, to wy podejdziecie pod nasze okna, a nie my pod wasze. Jak tak ma być, to my chcemy stąd wyjść – powiedziała Maria Kocur. Mieszkanka ulicy Chłodnej przypomniała, że wraz z sąsiadką Heleną Kościelną swego czasu podpisały już umowy przedwstępne na wykup ich nieruchomości, ale jednak nie doszło do transakcji. Czechowiczanka przyznała, że choć większość mieszkańców w tej sytuacji chciałaby, żeby Valeo wykupiła ich domy, to jednak nie wszyscy. – Ja dużo zainwestowałem w swój dom i nadal chcę tu mieszkać. Ale zostałem postawiony w takim świetle, że to ja blokuję wykup domów tych mieszkańców, którzy tego chcą – tłumaczył Piotr Kocek. – Kilka lat temu Valeo tłumaczyło: „Kupujemy tereny przy ulicy Chłodnej, bo chcemy mieć ładne tereny zielone koło swojego zakładu” – dodał.
Tomasz Langanc nie poinformował o zamiarach fabryki w sprawie wykupu (bądź nie) pozostałych nieruchomości i o szczegółach planu inwestycyjnego. – Określiliśmy, co chcemy zrobić. Udzielałem państwu wszelkich wyjaśnień. Wielokrotnie rozmawiałem z każdym z państwa o wykupie – stwierdził. – Jednym z etapów rozmów były umowy przedwstępne. W pewnym momencie z przyczyn finansowych inwestycja została zamknięta. Stanęło na tym, że w tej sytuacji nie możemy wykupić gruntów. Zastał nas kryzys – dodał. – Nie pytano nas, czy zgodzimy się na sprzedaż, ale powoli nas otaczano, osaczano. Ja kocham to miejsce i tu zostanę. Ale nie chcę mieć spalin w domu. Czy będzie tu pas zieleni, który oddzieli nas od trzystu samochodów? Ja chcę żyć w ciszy i spokoju – mówiła Krystyna Kocek.
Inwestycja Valeo wiąże się ze zmianą przebiegu ulicy Chłodnej. Droga do domów prywatnych ma zostać poprowadzona w pobliżu torów kolejowych. Koszty zmiany przebiegu drogi pokryje i gmina, i Valeo. – Dlaczego teraz Urząd Miejski pilnie się zabiera za ulicę Chłodną? Czy na potrzebę firmy? Przez lata urząd był bierny, a teraz ułatwia Valeo realizację planów. To łamanie Konstytucji – grzmiała Helena Kościelna. – A chciałby mieć pan pod oknem parking na setki aut? – rzuciła do radnego Andrzeja Maja, który tłumaczył, że w innych rejonach miasta mieszkańcy też borykają się z dużym ruchem samochodów. – Każde miejsce pracy jest cenne. Ale niech Valeo przedstawi, w jaki sposób zabezpieczy państwa prawa – powiedział radny Krzysztof Bergel. – Po latach robi się plany, przebudowę, blokuje się nam wjazd na ulicę Chłodną. Raz musiałem zostawić samochód pod drzwiami portierni – żalił się Piotr Kocek. – Niedługo będzie tak, że nie będziemy w stanie skręcić na ulicę Bestwińską – dodał. – A co prądem, gazem i linią telefoniczną? To wszystko biegnie wzdłuż naszej ulicy? – dopytywał. Naczelnik wydziału inwestycji i zarządu drogami Czesława Szczęsny uspokajała, że wszystkie media będą poprowadzone w ciągu nowej drogi, a wyjazd z ulicy Chłodnej zostanie poszerzony, a na całym odcinku będzie obowiązywał zakaz parkowania.

Więcej w numerze 26 (246) Gazety Czechowickiej!

>>ARCHIWUM<<

Dziś jest:

W najbliższym czasie:




24 maja



17 maja



17 maja